Po tylu nieudanych związkach, że nie potrafię ich zliczyć, przestałam wierzyć, że miłość to coś trwałego. Potem, mając 42 lata, poznałam Nathana i wszystko we mnie podpowiadało mi, że to ten jedyny… ale w noc poślubną wyjawił mi coś, na co nie byłam gotowa.
Kochałam już wcześniej, wtedy, gdy wierzyłam, że sam wysiłek może utrzymać związek przy życiu.
Te związki nie rozpadły się od razu. Rozpadały się powoli.
A kiedy odchodziłam, niosłam ze sobą ciche zrozumienie, że miłości nie można zatrzymać dla siebie, tylko dlatego, że się tego pragnie.
Następne lata nie były dramatyczne, ale przyniosły drobne rozczarowania, które z czasem się kumulowały.
Poznałam mężczyzn, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się w porządku, odbyłam rozmowy, które na jakiś czas dały mi nadzieję, i nawiązałam związki, które prawie się udały — aż do momentu, gdy przestały działać.
Stopniowo, nie podejmując świadomie tej decyzji, przestałem oczekiwać, że cokolwiek trwałego z tego wyniknie.
Nie byłam nieszczęśliwa. Po prostu nauczyłam się to akceptować i pozwoliłam sobie zbudować życie, które nie zależało od tego, czy ktoś inny zostanie.
Miałam swoje rutyny, swoją przestrzeń, swój spokój — i chociaż zdarzały się chwile, kiedy czułam pustkę, nigdy nie były one nie do zniesienia.
Kiedy skończyłam 42 lata, przestałam już wierzyć, że miłość kiedykolwiek do mnie powróci.