Adrian uśmiechnął się krzywo, lekko unosząc brodę. „Naturalnie” – odpowiedział głosem pełnym dumy. „Jestem najwyższym wiceprezesem w firmie. Kto inny zrobiłby na niej wrażenie?” Spojrzał na Vanessę i zacisnął mocniej dłoń na jej dłoni. „I szczerze mówiąc – spójrzcie tylko na nas. Jesteśmy dokładnie tym, co reprezentuje ta firma”.
Vanessa zaśmiała się cicho, opierając głowę o jego ramię. „Idealne połączenie” – powiedziała.
Roześmiali się razem, zupełnie nieświadomi, że zaledwie kilka godzin wcześniej Adrian zniszczył kobietę, którą mieli zaraz poznać — w przypływie okrutnej arogancji spalił jej sukienkę i zbagatelizował ją, uznając za nic nieznaczącą osobę.
Muzyka nagle ucichła.
W pokoju zapadła cisza.
Potem zgasły światła.
Fala konsternacji przeszła przez tłum, zanim pojedynczy, dominujący reflektor oświetlił wielkie wejście. Ciężkie, podwójne drzwi pozostały zamknięte tylko sekundę dłużej niż było to konieczne, wzbudzając napięcie.
Potem powoli się otworzyły.
Na scenę wszedł Harrison Blackwood, wieloletni dyrektor wykonawczy firmy, a jego obecność natychmiast przykuła uwagę.
„Panie i panowie” – zaczął, a jego głęboki, spokojny głos rozbrzmiał echem w cichej sali. „Przez lata unikała widoku publicznego. Ale dziś wieczorem… postanowiła się ujawnić”.
Pauza.
„To dla mnie wielki zaszczyt przedstawić założycielkę, jedyną właścicielkę i Najwyższą Przewodniczącą Vanguard Dominion…”
Zwrócił się w stronę wejścia.
„Pani Clara Vaughn.”
Drzwi otworzyły się całkowicie.
Najpierw weszła dwunastoosobowa grupa ochroniarzy, którzy ustawili się w idealnej formacji i torowali sobie drogę wzdłuż czerwonego dywanu.
A potem—
Wszedłem do środka.
Cały pokój zdawał się wstrzymać oddech.
Miałam na sobie suknię w kolorze granatu, która mieniła się niczym nocne niebo, a każdy krok odbijał światło żyrandola. Materiał leżał na mnie idealnie – elegancki i nieskazitelny. Na szyi nosiłam rzadki naszyjnik z szafirów, którego głęboki, błękitny blask był nie do podrobienia – natychmiast rozpoznany przez każdego ważnego gościa w pokoju.
Moja postawa była stabilna. Wyraz twarzy spokojny.
Władza nie musiała się ujawniać.
Po prostu przybyło.
Rozległy się gromkie i przytłaczające brawa. Miliarderzy, politycy i celebryci wstali z miejsc, klaszcząc, a niektórzy nawet lekko pochylali głowy, gdy ich mijałem.
Ale nie patrzyłem na nich.
Mój wzrok był utkwiony w jednej osobie.
Adrian.
I w chwili, gdy mnie zobaczył…
szklanka wypadła mu z ręki.