Westchnęłam. Czy naprawdę mogłam przestać go szukać, skoro tak długo to robiłam? Stało się to częścią mojego życia, tak jak latanie.
Wtedy nie miałem pojęcia, że byłem bliżej jego odnalezienia niż kiedykolwiek wcześniej.
Czy naprawdę mogłabym zrezygnować z poszukiwań go?
Kilka godzin po rozpoczęciu lotu usłyszałem głośny huk dochodzący z kabiny pierwszej klasy tuż za nami.
Moje tętno od razu skoczyło.
„Co do cholery?”
Mark spojrzał przez ramię.
Drzwi kokpitu otworzyły się gwałtownie i do środka wbiegła jedna z naszych stewardes, Sarah. Jej twarz była blada, a oczy szeroko otwarte z paniki.
„No, Robercie! Potrzebujemy cię!” – wyszeptała. „Ktoś ma kłopoty. Umiera!”
Moje tętno od razu skoczyło.
Nie wahałem się.
Mark przejął stery, kiwając głową w moją stronę. Podczas szkolenia byłem najlepszy w klasie w pierwszej pomocy. Znałem każdą procedurę na pamięć. Nie mogliśmy tracić ani sekundy.
Pobiegłem do chaty.
Mężczyzna leżał na podłodze w przejściu. Łapał powietrze, drapał się po gardle, a jego ciało drżało. Ludzie stali na swoich miejscach, szeptali i wskazywali palcami.
Uklęknąłem obok niego.
Nie mogliśmy marnować ani sekundy.
„Odsuńcie się!” – powiedziałem do gapiów.
„Dajcie mu trochę przestrzeni!”
Złapałam go za ramiona, żeby go podtrzymać, i wtedy zauważyłam znamię rozciągnięte na jednej stronie jego twarzy.
Mój mózg zatrzymał się na ułamek sekundy, ale trening zadziałał.
Stanęłam za nim i podniosłam go do pozycji siedzącej. Objęłam go ramionami w talii i rozpoczęłam chwyt Heimlicha.
Jedno pchnięcie. Nic.
Mój mózg zatrzymał się na ułamek sekundy.
Uścisk mężczyzny na moich ramionach słabł. Wyślizgiwał się.
Dwa pchnięcia. Nadal nic.
„No dalej, człowieku! No dalej!”
Dałem z siebie wszystko przy trzecim pchnięciu. Wbiłem pięść w jego brzuch z całej siły.
Nagle z jego ust wypadł mały, twardy przedmiot i odbił się od dywanu.
Mężczyzna osunął się do przodu, wciągając urywany, świszczący oddech.
Dałem z siebie wszystko.
Zakaszlał gwałtownie, jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, aż w końcu powietrze wypełniło jego płuca.
W kabinie wybuchła wrzawa. Ludzie klaskali i wiwatowali.
Ktoś krzyknął: „Brawo, Kapitanie!”
Nic nie słyszałem. Hałas silników i oklaski ucichły, przechodząc w głuchy szum. Wpatrywałem się w mężczyznę, który odwrócił się w moją stronę.
Nie było wątpliwości: to był mężczyzna z mojego zdjęcia.
„Tato?” wyszeptałam.
Ludzie klaskali i wiwatowali.
Słowa wyrwały mi się z ust, zanim zdążyłem je powstrzymać.
Poczułem ciężar i dziwne uczucie w ustach. Ćwiczyłem to tysiąc razy przed lustrem, ale nigdy nie sądziłem, że powiem to prawdziwej osobie.
Mężczyzna spojrzał na mój mundur, potem na moją twarz. Pokręcił głową.
„Nie, nie jestem twoim ojcem.”
Poczułem się, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w brzuch.
„Ale” – dodał cicho mężczyzna – „dokładnie wiem, kim jesteś, Robercie. Dlatego jestem na pokładzie twojego samolotu”.
Słowa wyrwały mi się z ust, zanim zdążyłem je powstrzymać.
To mnie zmroziło.
Owszem, mój identyfikator widniał na kurtce, ale sposób, w jaki wypowiedział moje imię, sprawił, że poczułem się, jakby znał je od lat.
Teraz siedział prosto, a na jego policzki powoli wracał kolor.
Zauważyłem zmięte opakowanie po orzeszkach ziemnych leżące na jego stoliku. To musiał być sprawca.
„Chyba nie powinienem jeść, kiedy jestem zdenerwowany” – powiedział, wymuszając lekki uśmiech. „Wiedziałem, że nadejdzie ten moment, ale nie spodziewałem się, że stanie się to w ten sposób”.
Zostałem w przejściu. „Mówiłeś, że wiesz, kim jestem. Skąd?”
To mnie zmroziło.
Skinął głową i gestem wskazał mi, abym usiadł na pustym miejscu obok niego.
Opadłem na siedzenie. Moje kolana i tak miały się zaraz ugiąć.
„Znałem twoich rodziców” – powiedział. „Twój ojciec i ja lataliśmy kiedyś razem. Transportem. Lotami czarterowymi. Byliśmy jak bracia”.
Przełknęłam ślinę z trudem. Miałam wrażenie, że w gardle mam piasek. „Więc wiesz, co się z nimi stało”.
„Tak” – powiedział cicho.
„I wiedziałeś, gdzie jestem?”
„Więc wiesz, co się z nimi stało.”
„Wiedziałem, że trafiłaś do rodziny zastępczej po ich śmierci” – przyznał.
„Czemu po mnie nie przyszedłeś?”
Spojrzał na swoje dłonie. „Bo znałem siebie, Robert. Latanie było dla mnie wszystkim. Nadal jest. Podejmowałem się długoterminowych kontraktów i pracowałem za granicą latami. Bez korzeni. Bez stabilizacji”.
„Więc zostawiłeś mnie tam.”
„To było milsze” – powiedział szybko. „Zniszczyłbym cię, gdybym próbował być kimś, kim nie jestem”.
Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Walcząc z tym, że mój świat wali mi się na głowę, wciąż miałem jedno pytanie.