Dziewięć dni później, ubrana w sukienkę, którą zapłacił Arturo, Matilda szła w kierunku ołtarza, czując się tak, jakby wchodziła do grobu.
Jej pierwszy pocałunek miał miejsce przy ołtarzu, w obecności obcych ludzi — bez miłości.
Tej nocy jej ręce drżały, gdy wchodziła do jego domu: domu mężczyzny, który wciąż był jej obcy, mężczyzny, z którym była teraz związana.
Kiedy Arturo zamknął drzwi sypialni, przemówił cicho:
„Matildo… zanim cokolwiek się dziś wydarzy, muszę ci powiedzieć prawdę.”
Matilda siedziała na skraju łóżka, jej suknia ślubna była sztywna w talii. W pokoju panowała cisza, zakłócana jedynie odległym tykaniem zegara na komodzie. Arturo stał kilka kroków dalej, z rękami splecionymi przed sobą, niezdolny spojrzeć jej w oczy.
„Wiem, że to małżeństwo było dla ciebie nagłe” – zaczął łagodniejszym głosem, niż się spodziewała. „Ale nie sprowadziłem cię tu, żeby cię skrzywdzić”.
Matylda milczała. Nie ufała swojemu głosowi.
Arturo wziął drżący oddech. „Jest we mnie coś, co muszę wyznać, zanim zaczniemy snuć domysły na temat tego, co to znaczy być mężem i żoną”. Zatrzymał się, wyraźnie nabierając odwagi. „Urodziłem się… inny”.
Matylda zmarszczyła brwi, niepewna, co to znaczy.
„Moje ciało” – kontynuował – „nie jest takie jak ciała innych mężczyzn. Nie mogę…” – Jego głos się załamał. „Nie mogę być z kobietą w taki sposób, w jaki zazwyczaj jest mąż. Nie mogę dawać dzieci. Nie mogę oferować… tej części małżeństwa”.
Słowa zawisły w powietrzu niczym kruche szkło. Matylda spodziewała się, że ogarnie ją odraza lub gniew – a jednak zamiast tego poczuła coś nieoczekiwanego: rozpoznanie.
Czytaj dalej…