„Jennie, serio, robisz sobie wakacje w łazience?”
Już szybko wzięłam prysznic. Włosy zazwyczaj miałam związane, a mydło było bezzapachowe. Próbowałam tylko zmyć ślinę z szyi i przypomnieć sobie, jak to jest mieć czystą skórę.
„Jennie, serio, robisz sobie wakacje w łazience?”
Pewnego ranka Gerald zapukał, kiedy spłukiwałam odżywkę. „Musisz wyjść szybciej. Nie mogę znieść tego płaczu”.
Uchyliłam zasłonę. „Ona też jest twoją córką”.
Twarz Geralda stężała. „Mam niską tolerancję na ciągły hałas”.
„Ona ma sześć tygodni, Gerald.”
„Wiesz, że ona zaczyna, kiedy znikasz z oczu. Więc przestań zwlekać” – warknął.
Spojrzałam na szampon, który wciąż spływał mi po ramionach, i poczułam, jak coś we mnie zapada. Jest szczególny rodzaj samotności w uświadomieniu sobie, że twoje wyczerpanie jest niewidoczne dla osoby mieszkającej tuż obok.
„Ona też jest twoją córką.”
Kiedy następnego ranka wszedłem do łazienki, zobaczyłem cyfrowy kuchenny minutnik przyklejony do szklanych drzwi prysznica na wysokości oczu. Cztery minuty były już ustawione.
Czekałem, aż Gerald się uśmiechnie i powie, że żartuje. Zamiast tego oparł się o ramę, trzymając drugi timer. „Mam tu taki sam. Jeśli brzęczyk się odezwie, a ty nie wyjdziesz, zakręcę wodę w głównym kranie”.
„Gerald, to nie jest śmieszne” – powiedziałam, czując jednocześnie szok i ból.
„Nie próbuję być zabawny” – wzruszył ramionami. „Staram się utrzymać dom w ruchu”.
„Mówisz poważnie?”
Gerald skrzyżował ramiona. „Bardzo.”
„Staram się utrzymać dom w dobrym stanie.”
Nadal chciałem wierzyć, że tego nie zrobi. Ale kiedy pierwszy raz zadzwonił alarm, zamarłem.
Pip. Pip. Pip.
Wciąż miałam mydło na jednej ręce i szampon u nasady włosów. Nagle woda nagle ucichła, aż rury zagrzmiały w ścianie. Stałam tam, ociekająca wodą i oszołomiona.
„Czas minął!” – krzyknął Gerald przez drzwi.
Owinęłam się ręcznikiem, napełniłam plastikowy dzbanek wodą z kranu i wróciłam do wanny, żeby opłukać się zimną wodą, podczas gdy Maisie płakała w swoim łóżeczku.
Gerald nie przeprosił. Kiedy wyszedłem, powiedział: „Widzisz? Dasz radę”.
Gdy alarm zadzwonił po raz pierwszy, zamarłem.
„Czy słyszysz siebie?”
Gerald zerknął na laptopa. „Słyszę dziecko. W tym problem”.
Za drugim razem było gorzej, bo byłam na to gotowa. Pospieszyłam się, pominęłam mycie włosów, ledwo je wyszorowałam i patrzyłam, jak odliczają się cyfry, a moje ręce się trzęsą.
Kiedy rozległ się sygnał dźwiękowy, rzuciłam się do klamki, ale Gerald i tak zakręcił wodę. Napełniłam wiadro i dokończyłam płukanie w milczeniu.
Przeszedł przez drzwi, zobaczył mnie skuloną i powiedział: „Musisz nauczyć się lepiej zarządzać swoim czasem”.
Nie mogłam odpowiedzieć, bo zaczęłam się przystosowywać, a to przerażało mnie bardziej niż sam timer.
„Słyszę dziecko. W tym tkwi problem.”
Ostatni tydzień był już ciężki. Maisie marudziła od dwóch dni. Miałam ulewanie we włosach, zaschnięte mleko na blacie i trzy godziny niespokojnego snu.
Gerald spędził część nocy w swoim biurze ze słuchawkami na uszach, podczas gdy ja czułam się mniej jak żona, a bardziej jak nieodpłatna praca z obrączką na palcu.
O 10 rano tak bardzo potrzebowałam prysznica, że aż się rozpłakałam. Nakarmiłam Maisie, przebrałam ją, położyłam senną do łóżka i wślizgnęłam się do łazienki.
Timer już tam był.
W ciągu 30 sekund miałam szampon we włosach, szorując ślinę ze skóry głowy tak mocno, że aż szczypało. Za drzwiami Maisie zaczęła się awanturować. Potem płakała.
Tak bardzo potrzebowałam prysznica, że miałam ochotę płakać.
„Jennie!” zawołał Gerald.
„Już prawie skończyłem!” krzyknąłem.
„Timer mówi co innego” – odpowiedział.
Pip. Pip. Pip.
Potem woda zniknęła.
Stałem tam z pianą we włosach. Przez jedną słabą sekundę pomyślałem, że muszę przeprosić.
Oto jak bardzo pokręcona stała się cała ta sprawa.
„Timer mówi co innego.”
Ale gdy otworzyłam drzwi prysznica, szybko narzuciłam szlafrok i wyszłam na korytarz, nie było tam Geralda.